15 kwietnia 2010

Witamy w Stambule, Turcja

Pojawiłem się na 2 dni (czw, pt) w Stambule, Turcja i nie powiem, abym czuł się swobodnie. Jakoś tak wszystko trochę odmienne, tajemnicze. Może to przez ten język, którego w ogóle nie można rozszyfrować. Wcale nie brzmi znajomo.

Mieszkam w hotelu Holiday Inn Istanbul City, więc miasto mam na wyciągnięcie ręki i jakkolwiek jest to "największe miasto Turcji i jedno z największych miast świata, największa aglomeracja w Europie" (za Wikipedia.pl), to niekoniecznie jest to ta liczność, która daje mi się we znaki. Zresztą nie sądzę, aby taką garstkę osób nazywać "największą aglomeracją". Jest trochę ludzi na ulicach, ale bardziej zdumiony jestem wielkością restauracji (z Doner Kebab oczywiście), sklepów i innych miejsc użyteczności publicznej. One mogą wprowadzić człowieka w klaustrofobię. Niewielkie i niekoniecznie odpowiadające normom naszego Sanepidu :]

Swój pobyt w Turcji rozpocząłem od spotkania z gościem z Niemiec, który najpierw zapytał o przelicznik USD do YTL, abym później pomógł mu w dotarciu do hotelu. Kiedy rozstaliśmy się przy bankomacie, okazało się, że w Stambule są dwa Holiday Inn (Airport i City), więc kiedy zobaczyłem, że męczy się bidula podczas rozmowy z taksówkarzem i usłyszałem Holiday Inn, do którego ja również jechałem, zaproponowałem wspólną podróż. Okazało się, że tam gdzie ja jechałem i on jechać powinien. W tej sytuacji zabawne było to, że okazało się również, że jakkolwiek byłem w swoim hotelu, to faktycznie powinienem zamówić ten z Airport. Rozgarniętym co nie miara. Później jeszcze wspólna kolacja na mieście z gościem i on wraca do Germany, a ja zostaję na jeszcze jeden dzień. Zjedliśmy w wykwintnie wyglądającej restauracji, ale wykwintność była jedynie w wystroju, bo samo jedzenie do bani - letnie i jakoś nie przypominające smakiem tutejszego jedzenia (pewnie się nie znam i stąd rozbieżność). Nie pamiętam niestety nazwy.

Dzisiaj za to zjadłem pierwszego kebaba z niby budki, niby restauracji, gdzie w Polsce do takiego miejsca nie zawitałbym wcale i...miłe wrażenie. Obsługa życzliwa, kebab smaczny, ogólnie polecam. Niepozorne, ale jedzenie doskonałe. Miejsca są inne niż w Polsce, czy w ogóle Europie, a pędzące samochody na ulicach, wciąż trąbiące na wszystko i wszystkich, dodają pikanteri sytuacji. Wszędzie język, który przypomina mieszankę węgierskiego z hebrajskim. Tutaj też pełne zaskoczenie, bo Finowie, Węgrzy i Turcy, to ta sama grupa językowa. Podobnie zaskoczyło mnie, kiedy dowiedziałem się, że naszemu polskiemu najbliżej do...chorwackiego (!) Kto by pomyślał, że nie do ukraińskiego, litewskiego czy słowackiego i czeskiego.

Chyba zaczynam odczuwać przepełnienie stosu i bliskim OOME :) Szczególnie fanie wyglądają minarety. Do taksówki lepiej nie wchodzić, bo nie tylko, że w niektórych tylko można zapiąć pasy, to jeszcze jazda zderzak w zderzak przy prędkości 120 km/h. Jeszcze brakuje tej muzyczki z radio, jak w jednej reklamie. Dopełniłoby to moje szczęście. Kiedy dzisiaj wsiadłem do taksówki, nie dosyć, że nie można było zapiąć pasów, to jeszcze taksówkarz zaczął palić papierosa, a kiedy chciał go wyrzucić przez lekko uchyloną szybę, trochę popiołu znalazło się automagicznie na mojej koszuli i spodniach (nie wiem, czy przypadkiem i nie na włosach). Bosko! :) Ach, a czy wspomniałem, że taksówkarze nie tylko, że nie mówią po angielsku czy chociażby niemiecku, to jeszcze niejednokrotnie nie znają wielu miejsc w Stambule. Nic dodać, nic ująć, kiedy nie chce się chodzić, a chce się pozwiedzać - wystarczy wsiąść do taksówki i powiedzieć "Marszałkowska!" :)

Mimo wszystko poleciłbym zwiedzenie tego miasta i poczucie jego klimatu. Jest trochę duszno, więc należy przygotować się z przewiewnymi ciuchami. Nie mam bladego pojęcia, co powinienem zwiedzić, ale w weekend trzeba będzie doczytać Wikipedię i trochę innych publikacji, aby kolejny tydzień spędzić bardziej krajoznawczo.

Czy chciałbym przyjechać tutaj z rodziną? Hmmm, niekoniecznie - bardziej poleciłbym (i poleciałbym) do Hiszpanii, albo Portugalii. Dzisiaj przeczytałem na jednym z portali o Turcji, że można do Stambułu dojechać autobusem za grosze z Bułgarii, więc najpierw przelot do niej, później trasa do Turcji autobusem, a później z powrotem przez Rumunię do Polski. Może być całkiem ciekawa trasa. Tylko, co z ciuchami - taszczyć na plecach?!

Nauczone słowa: tamam - tak, w porządku, a fisz (w wymowie) to rachunek. Już dwa razy udało mi się wzbudzić radość, kiedy je wypowiedziałem. Jeszcze tylko proszę i dziękuję, i będzie gites.

I jeszcze jedno znalezisko, YouTube.com w Turcji zdaje się być nieosiągalnym miejscem.