18 kwietnia 2010

Pył wulkaniczny i mój 17-godzinny powrót z Turcji

Piątek, 16 kwietnia był moim ostatnim dniem z 3-dniowej wizyty w Stambule, Turcji. Pierwsza tura już za mną, ale zanim szczęśliwie przyszło mi skosztować weekendu w domu, najpierw odbyłem ponad 17-godzinną podróż z powrotem, najpierw samolotem o 16:10 ze Stambułu do Budapesztu, a później o 19:56 pociągiem do Warszawy, aby ostatecznie z niewielkim, 20-minutowym spóźnieniem, kilka minut przed 8-mą wsiąść do taksówki na Ursynów. Ech, to była pełna przygód podróż do Turcji, a kolejne 2 jeszcze przede mną. Jeśli ich przebieg będzie tak intensywny w przeżycia, zejdę na serce, nie podczas robienia kariery korporacyjnej, ale dużo wcześniej :-)

W pierwszy dzień, w środę spędziłem wieczór z poznanym niemcem, gdzie zjedliśmy kebab w restauracji - Altin kapi. Zdecydowanie nie polecam, mimo wyglądu, który mógłby świadczyć, że podawane tam dania będą wysokich lotów. Tak niestety nie było - zimne, wysuszone i jakieś bezsmakowe. Później, w czwartek, dałem się namówić własnej pokusie zjedzenia kebaba za bagatela 5,75 tureckich lir, co na nasze przekłada się na jakieś 5,75 YTL * 1,8 PLN = 11 PLN. Cena na tyle niska, że kiedy powiedziałem o moim "wyczynie" turkom spojrzeli na mnie z niedowierzaniem i zdecydowanie odradzili kolejne takie eskapady. Pamiętam ich miny i pełen niepokoju wygląd, kiedy pytali, czy wszystko, aby ze mną w porządku - zdrowotnie (i pewnie i mentalnie). Dla nich kebab musi kosztować nie mniej niż 15 YTL, więc mój był...zdecydowanie poniżej normy. Dla mnie był jednak bardzo smaczny i przy kolejnej okazji jeszcze raz podejmę się wyzwania (będę jednak mierzył w kebaby za 10-15 YTL).

Chyba musiała ich niezmiernie zmartwić ta moja determinacja zjedzenia ichniejszego kebabu, bo w piątek, przed odjazdem zaprosili mnie na obiad do restauracji, gdzie za 25 YTL zjadłem kebaba, który był faktycznie smaczniejszy. Jeju, ale te kebaby są smaczne u nich. Oczywiście znajdłem go z maślanką, bo jakkolwiek nie polecają, jako podstawowego napoju do tego dania, to wielu tak jadło, więc i ja tak wziąłem.

Moja nauka tureckiego postępuje i wzbudza coraz większe zainteresowanie (aka rozbawienie). Znam już w wymowie rachunek (fisz), dziękuję (teszekilesz), dzień dobry (ginajdyn), do wiedzenia (hoszczekal), woda (su), a owe zsiadłe mleko to ajran. Litera przypominająca 'i' bez kropki czytana jest jak nasze 'i', a z kropką czytanie jest jak nasze 'y'. Sądzę, że moje, informatyczne ciągłe doskonalenie przydaje się przy nauce kolejnego języka, tym razem tureckiego, bo daje się łatwo zapamiętywać. Kolejna zaleta ciągłego samodoskonalenia.

Dowiedziałem się również, że cały ruch uliczny w Stambule jest monitorowany kamerami, które dostępne są w telefonie komórkowym za...5 YTL (nasze 10 PLN). W ten sposób wybrałem z taksówkarzem drogę, która była przejezdna, podczas gdy pierwszy wybór mógłby nas sporo kosztować czasowo. Bajka!

Napisałem na twitterze, że jestem w Stambule i poszukuję miejsca na dobre jedzenie. Nie minęła godzina, kiedy dostałem wiadomość, że warto pójść do sieci restauracji Gelik i spróbować denizer kebab oraz mushroom pilav. Kolejny raz przekonałem się o możliwościach twittera. Kolejna, nieznana mi wcześniej, pomocna dłoń.

Kiedy opuszczałem Stambuł w piątek o 16:10 zjawiłem się na lotnisku około 14tej. Już było wiadomo, że będą problemy z przelotem do Polski (i innych krajów europejskich na północy). Powód: wybuch wulkanu na Islandii i latający na wysokości 6km pył wulkaniczny grubości 1km, który niszczy silniki samolotów pasażerskich, które latają na wysokości 10-11km. Dostałem przelot do Budapesztu z informacją, że dalej się już nie da i będę musiał samodzielnie rozwiązać problem (czytaj: czekać cierpliwie na otwarcie lotnisk). Miałem do wyboru - zostaję kolejny tydzień, z weekendem w Turcji, albo wracam...jakoś. Zdecydowałem podjąć się wyzwania i wsiadłem do samolotu do Budapesztu. W międzyczasie widziałem odprawę tajlandki (wyczytałem na jej paszporcie) ubranej w czador. Zastanawiałem się, jak nastąpi sprawdzenie jej tożsamości i poza zdjęciem bez nakrycia głowy na okładce paszportu, na prośbę strażnika musiała na chwilę opuścić zakrycie twarzy (nie zdjąć, ale opuścić, aby tylko on widział jej twarz).

Wyruszyłem. Do Budapesztu doleciałem około 18:00, gdzie dowiedziałem się całkowicie przypadkowo, podczas rozmowy ze znajomym z Polski, że mam pociąg o 19:58 bezpośrednio do Warszawy, a później kolejny o 20:10 z przesiadką. Chwila zastanowienia i jadę pociągiem! Płacę kartą, więc krótka rozmowa z taksówkarzem i podjeżdża taka, w której mogę nią płacić. I tu uwaga - karta American Express nie jest akceptowana. W Turcji zresztą również nie była. Pamiętam, że jak byłem we Włoszech, było podobnie. Warto pamiętać o tym, aby mieć jedną kartę debetową do wybierania gotówki z bankomatu, a drugą, kredytową i to najlepiej nie-AmEx, na bieżące, większe wydatki. Po 30 minutach byłem na stacji kolejowej. To, co się tam działo nie było przyjemne. Mnóstwo ludzi, pełno kolejek i brak jakiejkolwiek informacji, gdzie możnaby kupić bilety na międzynarodowe przejazdy oraz czy można w kasach płacić kartą. Dwie młode dziewczyny obsługiwały rozgorączkowanych i żądnych odpowiedzi pasażerów, i widać było obu stron zniecierpliwienie. W końcu numerki do kas biletowych się skończyły, a te które się pojawiały na wyświetlaczu były jakieś od czapy. Dobrze, że zdecydowałem się pójść do kolejki do kas biznesowych, gdzie mogłem płacić kartą...teoretycznie. "Teoretycznie", bo niestety po 1,5h stania w kolejce nie doczekałem się na swoją kolej kupienia, bo podjechała ta właściwa do Warszawy i postanowiłem kupić bilet w pociągu.

Kuszetka zajęta, więc pozostała mi opcja znalezienia miejsca siedzącego w wagonie 2-iej klasy. Siedzę. Pozostała ekipa to jak się później okazało student drugiego roku ekonomii Uniwersytetu Gdańskiego, który wracał również ze Stambułu drogą lądową z konferencji wokół programu Erasmus (był w drodze od 24 godzin!) oraz trójką podróżników z Trójmiasta i jednej słowaczki. Bez biletu, z nadzieją kupienia go w pociągu płacąc kartą i z niepewnością, że zająłem komuś miejsce wyruszyłem do Warszawy. I tu zaskoczenie #1 - w pociągu międzynarodowym nie ma Warsu, czy innego miejsca, gdzie możnaby zjeść! Kolejne zaskoczenie #2 - w nocnych kursach nie można płacić kartą. A jeszcze kolejne zaskoczenie #3, że przejazd przez dany kraj (w moim przypadku Węgry, Słowacja, Czechy i Polska), to kontrola "krajowa", więc i na Węgrzech i kolejnych krajach negocjowaliśmy płatność "w łapę". Dziękuję moim współtowarzyszom podróży za zapłacenie za mnie na Węgrzech (w forintach) i Słowacji (w euro). Jestem wciąż pod wrażeniem ich hojności i niezmiernie wdzięczny. Wciąż nie mogę uwierzyć, że miało to miejsce. Po prawie 17 godzinach dojechałem do Warszawy, aby około 8-mej być w domu.

Miałem planowany wyjazd powrotny do Stambułu w niedzielę o 13:05 LOTem, ale Okęcie zamknięte, więc siedzę w domu. Już wiem, że w poniedziałek się również nie da. Pewnie dopiero we wtorek. Pył wulkaniczny krąży w atmosferze, a ja siedzę z żonką i dziećmi w Wawie :-)