13 lutego 2008

Wyprawa do San Francisco - byłem, zwiedziłem, polecam!

Moja sobotnia wyprawa była na prawdę udana. Zresztą jak mogłoby być inaczej, kiedy pogoda jak do tej pory dopisuje (może nawet trochę za parno) i tego dnia również dopisała. Wrażenia niezapomniane!


Bardzo słonecznie, generalnie można było spędzić czas w basenie i też nie byłoby straty mając na uwadze temperaturę w Polsce ;-)


Szczęśliwie udało nam się załapać na wyjazd większą grupą (2 Włochów i Australijczyk), z czego jeden z nich obeznany z okolicą jak z własną kieszenią.


Od razu wykazał się znajomością tematu i zamiast US101 pojechaliśmy 280-tką, bo więcej widoków i mniej płasko.


A to ja, kiedy pomyślałem sobie o uatrakcyjnieniu kilku zdjęć swoją osobą. Jest takie wzniesienie nad 280-tką (nie pamiętam nazwy), które należy odwiedzić podczas podróży do San Francisco, bo ładne widoki są.


Po około godzinie jesteśmy w SF. Kolejne wzniesienie, ostatnie miejsce występowania bardzo rzadkiego motylka, które ukazuje piękno SF. Po raz pierwszy też można zrozumieć, gdzie się człowiek pcha. Zwiedzanie w ciągu jednego dnia może być bardzo wyczerpujące, jeśli planuje się zobaczyć co ciekawsze miejsca.


Za plecami mam SF i jeszcze uśmiech na twarzy, bo chyba nie zdawałem sobie sprawy ile chodzenia nas czeka. Wiedziałem, że mamy skończyć pod wieczór, ale sądziłem, że to będzie takie sobie spacerowanie.


Pierwsze spojrzenie na Alcatraz. Jeszcze przyjdzie nam na niego patrzeć z bliska. Ciekawie wyglądają te drzewa w środku miasta.


I zbliżamy się do miejsca startu naszej wycieczki. Tutaj zaparkujemy samochód i obejdziemy miasto. Uwaga stromo!


Jeszcze zdjęcie ulicy skąd wyruszamy. Nie wiadomo, gdzie człowieka może rzucić, a wrócić trzeba. Jeszcze nasz Włoch-przewodnik dodał, że gdyby ktoś się zgubił, to się spotykamy o 6PM tutaj. Chyba wyglądaliśmy mizernie skoro zebrało mu się na takie ciepłe rozpoczęcie naszej wycieczki.


Mijamy Stockton w stronę tych wieżyczek, czy jak to się tam nazywa.


Za nami Broadway, ale myli się ten, kto myśli, że to ten Broadway. Wkraczamy do dzielnicy Little China. Coraz więcej azjatów.


I te sklepy! Prawie sprzedają na chodniku. Sanepidu tam nie mają?!


Kolorowo w tej chińskiej dzielnicy co nie miara. Zresztą jak się później okazało ta dzielnica wygląda, jakby cały rok tam imprezowano. Porozwieszane różne świecidełka i takie tam.


Koniec chińskiej dzielnicy przed nami. Coraz bardziej betonowo, szaro. Idziemy wzdłóż Clay.


Już nie jest tak kolorowo i przyjemnie, co? Zaczynam doceniać bluzę na sobie, bo mimo słońca tam, gdzie ono nie dochodzi jest na prawdę zimno. Wynosimy się stąd.


Sansome przed nami. Duże budynki, zimno, szaro i w ogóle jakoś mało zachęcająco do przebywania tutaj. Pora na cieplejsze klimaty.


Teraz jesteśmy na California Street. Po prawej wyjazd na kilka z otaczających SF dróg szybkiego ruchu. A te kolorowe kosze. A może to nie kosze?! Hmm, nie ma znaczenia. I tak nie wygląda tu ciekawie. Zresztą jakoś mało ludzi tutaj. Wszystkich wywiało na imprezę do Little China ;-)


Chwila na "pewne" sprawy, więc wejście do hotelu (nie, tutaj nie sypiamy). Ciekawa architektura, nieprawdaż?


I widok z hotelu na zatokę i Fort Of San Francisco. Co to, to nie wiem.


Jeszcze spojrzenie w lewo.


I w prawo. Idziemy w prawo!


Zmierzamy ku miejscu, które reklamował Mariusz w ostatnim wpisie, wspominając o dobrym żarciu z owoców morza - Fisherman's Wharf. Cała droga wzdłóż brzegu zatoki (to tam po prawej).


I właśnie jesteśmy po prawej. Czego ci ludzie szukają? Widać, że niektórzy potrafią doszukać się czegoś ciekawego, gdzie inni nic nie dostrzegają.


I jakiś tam most. Nie jest to Golden Gate. Ten przed nami (to znaczy tak w przenośni, bo przed nami zatoka).


Idziemy wzdłóż The Embarcadero. Już to chodzenie mnie dobija. Ciepło, wszędzie coś ciekawego i coś by się wypiło w końcu.


Stroje ludzików nie wskazują, że jest ciepło, ale jest ciepło.


Wchodzimy do Pier 39, gdzie można porobić zakupy i coś zjeść. My idziemy dalej.


I znowu Alcatraz, ale tym razem bliżej. Fajne to to. Jeszcze na niego spojrzymy z innego miejsca.


Ciekawostka Pier 39 - foki. Pod ścisłą ochroną i nie wolno denerwować, karmić i tym podobnie. Ktoś z tłumu "dogaduje" się z nimi wydając ich dźwięki, co najwyraźniej fokom się podoba. Dyskusja idzie na całego. Chwila odpoczynku i idziemy dalej.


W końcu jesteśmy w miejscu wskazanym przez Mariusza. To tutaj, nieprawdaż? Jakkolwiek jestem fanem morskich stworzeń, to tutejsza kuchnia mi nie przypadła do gustu. Tłok, brud i w ogóle Sanepidu tutaj nie było już dawno. Chyba mają dużo roboty w Polsce ;-)


I trochę lektury co i jak, i dlaczego tak. Ludzie chcą zarobić, a że jest popyt, więc się kręci biznes.


Droga, jedna z wielu, która ukazuje miejsce, gdzie SF zbudowano - w górę i w dół. Ciekawostką SF jest kolejka ciągnięta liną. Ostatnia na świecie, jeśli dobrze zrozumiałem. Wymyślono ją dawno temu, bo konie nie dawały sobie rady z tymi górami. Za stromo.


Kolejne zdjęcie, gdzie ukazuję swoje szczęście z pobytu w SF. Jest fajnie. Robią zdjęcia i w ogóle.


Taką bryką chciałoby się przejechać. Musi być ciekawie. Może ktoś się pochwali, kogo to. ;-)


Końcówka naszej pieszej wycieczki. I to pod górę. Jest na prawdę stromo.


Zresztą co jak będę pisał, chyba widać.


I nawet widać Alcatraz. Nadal pniemy się pod górę. Zaczyna mnie kręcić. W pewnym momencie, kiedy się zatrzymałem, myślałem, że się przewrócę taki przechył (!)


Już widać kolejny cel wyprawy - Golden Gate. Trochę mizerny z daleka, ale już niedługo pokaże swoje pazury.


I jeszcze wyżej.


W końcu na końcu wspinaczki. Teraz w dół do samochodu. Ciekawie się zwiedza SF. Raz pod górę, a później zaraz w dół.


Golden Gate przed nami! Nadchodzę...


Przekrój pionowy liny wspierającej Golden Gate. Spore to to.


I on w pełnej krasie. U dołu widać stare koszary, które podczas budowy GG (nie GG, ale Golden Gate) chciano pozostawić nietkniętym i stąd to przęsło.


I trochę historii GG i w ogóle okolicy.


Tak, ja tam byłem i zdjęcie pstryknąłem. Po mojej lewej zatoka, a po prawej...ocean!


To jest "moja lewa" - zatoka z Alcatraz.


Wysoko, nieprawdaż? Po lewej widać surferów.


Dobra! Koniec zdjęć. W końcu nie przyjechaliśmy fotografować mnie ;-) (w tle Alcatraz, a po lewej Giuseppe).


Jeszcze spojrzenie w górę.


I ponownie On w pełnej krasie.


Wracamy do domu, Mountain View. Ostatnie fotki z zachodu słońca nad Oceanem.


I ostatnie pożegnanie Golden Gate. Faktycznie teraz widzę, jaki duży.


Ciekawie było. Mam dosyć. Jutro niedziela, więc można było odpocząć. Pora zorganizować wyjazd rodzinny do SF, co nie, Agata? ;-)