18 lutego 2008

Druga sobota w US - wycieczka nad Pacyfik do San Gregorio State Beach

Kolejna sobota w US, więc należało zastanowić się, gdzie ją spędzimy (przez my rozumiem ekipę, którą jestem w US - Włoch i Indyjka - a może Indianka?). Niedzielę mieliśmy już ustawioną. Postanowiliśmy zwiedzić okoliczne góry. Tylko, gdzie jechać? Wszędzie są góry, więc teoretycznie gdziekolwiek nie ruszylibyśmy to i tak wcześniej, czy później wypadlibyśmy w górach. Hmm, nie do końca, biorąc pod uwagę, że drogi, którymi się poruszamy zazwyczaj należą do tych większych, a one sprytnie omijają najciekawsze miejsca. Koniecznie należało zdecydować się gdzie, a później znaleźć dojazd. Padło na jakąś tam górę (już nie pamiętam jaką). Decyzję podejmowaliśmy będąc w samochodzie, więc do dyspozycji mieliśmy mapę i NeverLost (GPSa). Odszukaliśmy ją na mapie, ale do GPSa potrzebowaliśmy czegoś więcej niż "o tu". Zatem doszukaliśmy się drogi, która nazywa się jak ta góra (podobno najwyższa w okolicy, gdzie mógłby być nawet śniego). Kiedy dojechaliśmy na miejsce, co zajęło nam około 30 minut, okazało się, że to nie tu i po rozmowie z pewnym tubylcem (którego podejrzewam po akcencie, że był Rosjaninem, albo osobą z naszego Wschodu) i naszym pytaniu o Ocean wskazał nam drogę do San Gregorio State Beach. I pojechaliśmy.


Najpierw długa droga La Honda Rd, która wiła się wśród gór i ciągle pod górę.


Aż dojechaliśmy do miejsca spotkań lokalnych fanów motocykli. Można było coś zjeść, odpocząć i podziwiać motocykle, ale i ciekawe samochody.


Początkowo wyjechaliśmy z tego miejsca w złym kierunku, więc z powrotem można było uwiecznić nazwę miejsca zlotu motocyklistów - Woodside (nawet wpadki mają swoje dobre strony).


W międzyczasie uwiecznienie ciekawych miejsc...


...i osobowości ;-)


W końcu dotarliśmy nad Pacyfik. Przed nami rozpoztarł się niesamowity widok! Nie ukrywam, że każdy już miał dosyć tego wyczekiwania i siedzenia w samochodzie. W końcu byliśmy na miejscu.


Plaża jak to plaża. Piach i woda. Nic więcej. Niech nikogo nie zwiedzie słońce i pogoda, jakie można odczytać ze zdjęć. Wiał lekki wiatr, który powodował, że było chłodno (chociaż jak słyszę co się dzieje w Polsce to tutaj panują upały i stąd mój strój).


W miejscu, do którego dotarliśmy wpływała rzeczka do oceanu, więc rodziny z dzieciakami miały dodatkową atrakcję w postaci chlapania się w rzeczce. Jak szampon "2 w 1" - jest i rzeczka i ocean i wzniesienia. Brakuje McDonalds i KFC ;-)


Widoki przepiękne.


Są też miejsca niebezpieczne, które jak się okazuje są faktycznie niebezpiecznymi. Wczoraj właśnie odnotowano urwanie się części podobnego wzniesienia gdzieś tam i było kilka przypadków śmiertelnych i wielu rannych.


My wspinamy się wyżej, aby rozejrzeć się po okolicy.


Jest wysoko.


Ale widoki są ciekawe. Spojrzenie w prawo.


I w lewo. W dole widać miejsce, z którego wyruszyliśmy pod górę - naszą plażę. Jest ładnie.


I ja (a to już nie koniecznie jest ładne).


Jeszcze spojrzenie na wzniesienie z góry.


I na ocean. Tak się zastanawiam, że gdyby mnie tutaj postawić i nie mówić gdzie jestem to śmiało mógłbym stwierdzić, że jestem nad naszym Bałtykiem. Szwecji nie widać, tak jak tutaj Japonii ;-)


Jeszcze ostatnie spojrzenie na naszą plażę z wysoka, zanim nie wrócimy do samochodu, aby w ogóle wrócić.


Ptaszki też kosztują się pięknem tego miejsca. Ciekaw jestem co to za ptak. Pewno się nie dowiem, jak mi ktoś nie napisze.


Pojechaliśmy wzdłóż wybrzeża na północ w stronę San Francisco, aby później skręcić na 280-tkę i wio do naszego apartamentu. Kiedy dotarliśmy, każdy miał serdecznie dosyć. Widać było, że widoki zrobiły na nas ogromne wrażenie. Jutro wyruszamy o 8:30 do Monterey. To dopiero zapowiada się jazda.