08 lipca 2010

Mnogość przeglądarek przyprawia mnie o ból głowy - Safari Reader warty uwagi

Ostatnimi czasy zauważam u siebie swego rodzaju znużenie mnogością przeglądarek i niemożnością wyboru tej jednej, uniwersalnej, która byłaby złożeniem wszystkich potrzebnych funkcjonalności. Nie mogąc zdecydować się na tą jedną, skaczę pomiędzy wszystkimi i zaczynam mieć problemy z zarządzaniem nimi (szczególnie zakładkami). Kiedyś powiedziano mi, że podobnie jest z moją stabilnością techniczną, która objawia się ciągłym skakaniem po technologiach (aczkolwiek wciąż w ramach wirtualnej maszyny Javy), ale to akurat mnie cieszy.

Jestem od wieków użytkownikiem Firefoksa. Każdy go zna i każdy wie, że ma swoje dobre i złe strony. Do dobrych zaliczyłbym całą masę wtyczek, z których i tak nie korzystam, ale wiem, że wtyczki, kiedy potrzebuję, to są - chociażby Greasemonkey czy Firebug.

Pracowałem z Firefoksem od wieków i zdążył mnie do siebie przyzwyczaić na tyle, że kiedy pojawił się Google Chrome nie wzruszyło mnie to wcale. Aż do momentu, kiedy zobaczyłem u Grzegorza Białka skróty na pulpicie, które były niczym innym, jak skrótami do odpowiednich stron webowych, np. Facebook, które uruchomione w ramach Chrome wyglądały jak typowe aplikacje dektopowe. To było niesamowicie poruszające doświadczenie, które uświadomiło mi jak niewiele trzeba, aby potraktować przeglądarkę jako medium dotarcia do aplikacji webowych w Sieci. To może wydawać się trudne do zrozumienia, biorąc pod uwagę, że tworzenie aplikacji webowych Java EE jest moim zajęciem numer 1, ale zawsze, kiedy z nich korzystałem najpierw miałem obraz przeglądarki, aby później zobaczyć samą aplikację. Teraz było inaczej - przeglądarki było niewiele, a dodatki w JavaScripcie (jquery) w Facebooku zmieniły moje postrzeganie, co jest obecnie możliwe i jak niewiele dzieli aplikacje desktopowe od aplikacji webowych. Spodobało mi się to na tyle, że jedynie dla tej cechy, postanowiłem przenieść się na Chrome. Długo trwało zanim całkowicie zrezygnowałem z Firefoksa (i wciąż jeszcze z niego korzystam), ale pierwszy krok zrobiłem - domyślną przeglądarką stał się Chrome.

Kiedy 1.stycznia 2010 roku przeniosłem się na MacOS X Snow Leopard na firmowym MacBook Pro (tutaj ukłony dla osób decyzyjnych w mojej firmie - nazwa znana redakcji, które zdecydowały się na ten krok i pozwoliły mi cieszyć się jego owocami - posiadaniem własnego Maca) pojawiła się kolejna przeglądarka - Apple Safari. Była domyślną przeglądarką w MacOS i przez moment nawet mi się podobała, ale tylko krótki moment. Próbowałem przełączyć się z moich przyzwyczajeń firefoksowo-chromowych na Safari, ale było ciężko. Przeglądarka różniła się od poprzedników, aż w końcu uległem pokusie i przesiadłem się na...Firefoksa (!) I znowu na starych śmieciach, aczkolwiek w odwodzie miałem zainstalowane Safari i Chrome.

Ostatnimi czasy dużo się mówiło o porównaniach wydajnościowych przeglądarek i z nowym wydaniem Chrome wszyscy wskazywali na niego, jako tego, który jest najszybszy (oczywiście większość newsów szła od samego producenta - Google). Uległem ponownie i przesiadłem się na Chrome. I świat znowu wydał się przyjemniejszy. Moje korzystanie z przeglądarki sprowadza się do regularnego odwiedzania GMail, GReader, Bloggera i wielu blogów, serwisów społeczościowych, ale niewiele w tym tworzenia aplikacji z interfejsem użytkownika pisanym w JavaScripcie, który musiałbym optymalizować, więc należę do typowej grupy odbiorców przeglądarek. Ulegam też reklamom dosyć często (Agata twierdzi, że nawet za często i kiedy tylko ktoś sensownie i pewnie mówi, szybko mnie ma). Chrome pozwalał mi nawet na edycję tekstu moich wpisów na blogu ze skrótami klawiszowymi - Cmd+B znowu dało mi możliwość wytłuszczania (co w Firefoksie jedynie otwierało mi przeglądarkę zakładek).

Praca z Chrome była przyjemna i spełniała moje oczekiwania (poza irytującym zaznaczaniem tekstu bez pierwszej litery, tj. przy zaznaczaniu muszę kursor myszki przesunąć o pół znaku w lewo, abym zaznaczył dokładnie tekst, który mnie interesuje). Kiedy pojawiła się wersja Safari 5, temat wyboru przeglądarki znowu wrócił - Safari oferuje "obdzieranie ze skóry" stron, co pozwala na łatwiejsze czytanie zawartości. Owa cecha, nazywana Safari Reader, aktywuje się samoczynnie i w pasku adresu pojawia się ikona Reader, kiedy Safari potrafi pokazać jedynie treść artykułu bez okalających reklam. Nie wiem dlaczego dzisiaj, ale skoro pracuję na Macu i Safari się samo zaktualizowało do nowszej wersji, więc nic nie stało na przeszkodzie, aby spróbować tej cechy na własnej skórze. Spróbowałem na swoim blogu http://jaceklaskowski.pl i nic. Zero ikonki do uruchomienia Safari Reader. Spróbowałem na moim Wiki http://jaceklaskowski.pl/wiki i też nic. Zacząłem szukać informacji na ten temat i poza lakoniczną informacją na oficjalnej stronie produktu, że jest i aktywuje się automatycznie...na niektórych stronach. Hmmm, próbuję http://www.infoq.com, bo tam znajdę wiele artykułów i reklamy. Wszedłem na stronę artykułu o CDI (JSD-299) - Dependency Injection in Java EE 6 Provides Unified EJB and JSF Programming Model i moim oczom ukazała się owa magiczna ikonka Reader!


Wciskając przycisk Reader albo wciskając kombinację klawiszy Cmd+Shift+R, Safari przechodzi w tryb, który wyrzuca niepotrzebne "rozpraszacze" i pozostawia jedynie czytaną treść.


Bajecznie! I znowu jestem na Safari.