08 czerwca 2010

4-dniówka na Podlasiu - pływające krowy, grzybobranie, kajaki i przepiękne krajobrazy

To dopiero była 4-dniówka! Kompletny odlot wypoczynkowy - bez komputera, dostępu do Internetu i telefonu. Nawet książkę informatyczną udało mi się jedynie "obsłużyć" w 5 rozdziałach.

Dzień 0. Wyjazd


Moja żona Agata ponownie stanęła na wysokości zadania i zorganizowała wyjazd na 4-dniówkę do Gospodarstwa Agroturystycznego Danuty i Bolesława Młynarczuków na Podlasiu, nad Bugiem, w kolonii Wojtkowice Glinna. To już nasza druga wizyta na Podlasiu.

Gospodarstwo Agroturystyczne - Danuta i Bolesław MłynarczukowieMiejsce przepiękne, ale zanim się o tym przekonaliśmy najpierw czekała nas przeprawa przez burzę z piorunami i ulewny deszcz, aby przez las dotrzeć około północy, w środę do gospodarstwa.

Pierwsze wrażenia pozytywne. Domek dwupiętrowy, ale nic poza tym, że mamy miejsce do spania i jutro zamówione śniadanie na 10tą. Kompletna ciemnica na zewnątrz skutecznie odebrała nam przyjemność rozejrzenia się w okolicy. W końcu byliśmy w lesie!

Dzień 1. Pychówką po Bugu


Poranek zaczęliśmy od wielkiego "Ale widok!". Żaby rechotają, ptaki ćwierkają - ogólny zgiełk, a za oknem Bug z wysepką na środku, jak się później okazało - miejsce lęgowe wielu ptaków, których niestety nie tylko wcześniej nie widziałem, ale i nie przypuszczałem, że takowe w ogóle istnieją.

Widok z gospodarstwa na BugŚniadanie podano. Naleśniki! Pierwsza klasa. Po prostu palce lizać. Mimo, że nazwoziliśmy trochę (więcej) prowiantu, to i tak okazało się później, że skończyło się na obżarstwie bolkowym śniadaniem z racuchami, naleśnikami z twarogiem, a później musem jabłkowym, ale i jajecznicy z własnoręcznie zbieranymi kurkami - wszystko "zakrapiane" świeżym mlekiem prosto od krowy (wciąż nie możemy uwierzyć, że nawet najbardziej zatwardziałym przeciwnikom picia mleka prosto od krowy wchodziło bez jakichkolwiek perturbacji żołądkowo-smakowo-toaletowych).

Na pierwszy dzień mieliśmy zaplanowaną podróż Bugiem na pobliską wysepkę, gdzie gniazdują ptaki, najprawdziwszą z najdzikszych łąk (jakby mi ktoś powiedział, co to za kwiaty byłoby cudnie)...

...wizytę u bobrów (niestety nie widzieliśmy żadnego), kąpiel w Bugu, przy nurcie, w którym pływanie naprzeciw po chwili musi zakończyć się zniechęceniem i poddaniem się (taki był silny) i przejście przez łączkę, gdzie mokro, bagniście i pijawkowo. Brrrr, my mieszczuchy mieliśmy niezłą psychiczną przeprawę idąc bosaka po podmokłej łące :)

Przeprawa przez mokradła i łąki zdjęciaJak to gospodarz zwykł mawiać "Wszystko w gratisie" :-)

Na zakończenie dnia wizyta u kotków, krówek i po upalnej pogodzie przychodzi burza. Na wieczór krowy na dojenie (codziennie dwukrotnie mieliśmy świeże mleko - w gratisie oczywiście)...

...a my - obiad, kolacja, paciorek i spać. Nawet się czytać już nie chciało, tyle wrażeń.

Dzień 2. Grzybobranie


Trochę pomęczeni wczorajszymi atrakcjami, już w komplecie - 4ech ode mnie i dalej 2+2+1, co daje 9 osób, poszliśmy na grzyby. Nie mieliśmy złudzeń, że wiele ich nie znajdziemy, co później okazało się...zresztą wszystko na zdjęciach. Kurek od zarą...^H^H^Hbardzo dużo. Jeszcze niewielkie, ale wystarczy, aby na drugi dzień skosztować jajecznicy z kurkami. I to naszymi kurkami!

Dzień 2. GrzybobraniePo zbieraniu grzybów wzięło mnie na fotografowanie fauny i flory :-) Byłbym wdzięczny za nazwy tych stworów (w środku to mech płonnik strojny jak mniemam).

I te roślinki też przydałoby się jakoś nazwać, poza nic-nie-mówiącym "roślinki" (oczywiście ten u góry to grzyb koźlarz).

Dzień 2. W lesieNa zakończenie dnia ponownie obiad, przyprowadzenie krów na dojenie (znowu świeże mleko dla zainteresowanych) - ciekawostką tamtych rejonów są pływające krowy, ale niestety ze względu na stan Bugu kąpiel krówek sprowadzała się jedynie do taplania się na łące...

Pływające krowy...aby dzień zakończyć ogniskiem (drzewo i miejsce w gratisie :)).

Dzień 3. Spływ Bugiem z Drohiczyna


Zmordowani atrakcjami poprzednich dni, świeżym powietrzem, wspaniałym jedzeniem i nic-nie-robieniem, po śniadaniu z racuchami i świeżym mlekiem, wyruszyliśmy na spływ z Drohiczyna.

Trasa wyniosła około 30 km i była niezwykle spokojna - zero kajakarzy (poza nami), spokój, cisza i co rusz jakaś wysepka, którą trzeba było omijać albo z prawej, albo lewej. Trasa bardzo łatwa, rzeka w tym miejscu była bardzo szeroka i bezdrzewowa, więc atrakcji pozostało nam szukać na brzegach.

Wyruszyliśmy w samo południe, aby około 18:30 pojawić się z powrotem na kwaterze. Ci, którzy postanowili posmarować się kremem 30tką wygrali ze słońcem, a pozostali (ukłony w stronę mojej Agatki) niestety zmagają się z nadmierną opalenizną, którą niektórzy nazwaliby w zasadzie oparzeniem 1 stopnia! Takie było słońce. Trzeba było uważać, bo paliło przez całą trasę i w zasadzie nie było możliwości skryć się między drzewami.

Na wieczór grill i ponownie spanie. Ja byłem zmarnowany po tym kajakowaniu - ten błogi spokój i palące słońce wyciągnęło ze mnie ostatki energii. W międzyczasie, na trasie, razem z Karolem poskakaliśmy do wody na jednej z wysepek, więc tym bardziej mnie wygasiło.

Jeszcze nikt głośno tego nie mówił, ale już w powietrzu było czuć, że jutro do domu :(

Dzień 4. Powrót


Ponownie słoneczna pogoda, więc nikomu tak na prawdę nie chciało się wracać do domu. Na mnie i moją rodzinę czekała wizyta w piwnicy, którą właśnie zalało, więc tym bardziej nie mieliśmy chęci ani ochoty na powrót.

Błękit Bugu jakby dodatkowo wnerwiał i zapraszał kolejnych śmiałków, którzy po kilkudniowym leniuchowaniu wracają do swojej codzienności. Mnie tak przewietrzyło, że na samą myśl o przesiadywaniu przed kompem, skręcało. Przyjemnie tak aktywnie spędzić czas w towarzystwie rodziny i znajomych, i 4 dni to zdecydowanie za mało.

Akumulatory naładowane, więc można zarabiać, aby później móc wydawać :-) Zabieram się ponownie za specyfikacje Korporacyjnej Javy, a szczęśliwcom-urlopowiczom życzę tak samo cudnej atmosfery, jakiej ja mogłem skosztować. Jak to zwykł mówić nasz gospodarz - niezwykle pracowity i opiekuńczy gość (nie tylko zajmował się swoim obejściem, ale i nami przynosząc śniadanie, obiad, robiąc za przewodnika, itp.) - tam, gdzie byliśmy to "Brazylia", z tą jednak różnicą, że w Brazylii gratisów nie znajdziemy, a na Podlasiu jak najbardziej :)

Na powrót postanowiliśmy przejechać przez miejscowość Jadów, w której zaplanowaliśmy skosztować najpyszniejszych lodów w okolicy (dzięki Nika!). Podobno robione na naturalnych składnikach i po pierwszych, zaraz stanęliśmy w kolejce po drugie. Na prawdę pyszne.

Jeśli zastanawiasz się, gdzie spędzić kolejny weekend, a może i dłuższy urlop, polecam Gospodarstwo Agroturystyczne Danuty i Bolesława Młynarczuków w Wojtkowicach Glinna 26 (kolonia). Ceny niewygórowane, a okolica wspaniała. Z żoną już planujemy wrześniową kampanię grzybową w tamte okolice. Podlasie zdaje się być wciąż spokojne i dziewicze. Byłem 2 razy i wspominam mile (nie mylić z kilometrami, których nie ma tak wiele, aby dotrzeć na miejsce). Polecam.