14 października 2010

Nagradzać zaangażowanych podwyżką - wrażenia z Video from my presentation at Agile Warsaw Jakuba Nabrdalika

Jakub Nabrdalik w swojej prezentacji (patrz Video from my presentation at Agile Warsaw) przedstawił ciekawy sposób na motywowanie zespołu programistów do większej aktywności. Jest to zbieżne z moim, ostatnim apelem o udział w konferencji warsjawa (patrz O warsjawie i monadach w Clojure - nauka wspólnie jako sposób własnego rozwoju) i wpadłem na pomysł rozwinięcia myśli, aby nagradzać zaangażowanych podwyżką. Jeśli tylko takiej żądają gratyfikacji, dlaczego nie?!

Podczas wystąpienia Jakuba padło pytanie, albo przynajmniej pojawiła się kwestia, możliwości udźwignięcia tego pomysłu przez pracodawcę i sądzę, że moje rozważania pozwalają na opanowanie i tego. Nie jest to specjalnie odkrywcze i opiera się na założeniu, że miarą kwalifikacji pracownika jest tylko i wyłącznie jego możliwość wygenerowania zysku dla firmy przez różne formy jego aktywności.

Załóżmy model firmy (niekoniecznie informatycznej, ale podprogowo to ona będzie tłem), w której rozwój osobisty jest nagradzany podwyżką, bo większe kwalifikacje, to większe możliwości firmy do zwiększenia przychodów. Trywializując, pracownik przeczytał książkę i oczekuje podwyżki. Albo bardziej wyrafinowanie, skończył pomyślnie projekt i oczekuje podwyżki. Pytanie, kiedy taka "funkcja" osiągnie swoje maksimum i czy w ogóle takowe istnieje? Byłaby to funkcja zarobków od doświadczenia, a nie funkcja zarobków od dojrzałości firmy, aby skorzystać z wiedzy wykwalifikowanego pracownika.

Pierwszy fakt (a może jednak jedynie założenie?) jest taki, że w takim modelu funkcja jest niemalejąca, czyli co jest pewne, to stabilny poziom pensji. Raz otrzymawszy podwyżkę, do końca kontraktu, kwota się należy - czy się stoi, czy się leży.

Już nie jest faktem, czy funkcja ma swój punkt maksymalny. Właśnie, czy Ty uważasz, że kiedyś nastąpi zatrzymanie wzrostu pensji? Zapewne wielu odpowie, że tak, bo "przecież nie może być tak, że będę się ciągle kształcił i jednocześnie będzie mi rosła pensja!" Czyżby?

Ja uważam, że tak może być - rośnie nasza "siła nabywcza/rynkowa", więc rośnie jednocześnie siła firmy, w której delikwent jest zatrudniony. Proszę mieć na uwadze, że nigdy nie prowadziłem żadnej firmy, nawet jednoosobowej, oraz jedynym moim podwórkiem były amerykańskie korporacje - Lucent, HP i IBM.

Oczywiście, pensja jest jedynie materiałem, za który kupujemy inne dobra, więc czy to samochód, czy wycieczka do ciepłych krajów, wliczam to do podwyżki, za którą pracownik sam będzie mógł je kupić (odpowiednio rozkładając zakup na raty z pensji). Upraszczamy model firmy, w której nagrodą może być jedynie zwiększenie pensji.

Zastanówmy się na moment. Na początku pewnie będzie stosunkowo łatwo dla pracodawcy podwyższać pensję rok do roku, bo startujemy z niskiego pułapu i margines zysków firmy z naszego zatrudnienia jest duży. Stąd tak wiele firm zatrudnia kilku wysokowykwalifikowanych pracowników, a reszta to nowicjusze, najczęściej studenci (ciekawe, czy ktoś wie, gdzie uknuto powiedzenie "Każdego specjalistę da się zastąpić skończoną liczbą studentów"?) Czy zysk firmy z naszego zatrudnienia musi maleć? Nie. Musimy jednak rozważyć coś więcej niż samo czytanie książek, np. wspomniany przed momentem mentoring.

Jakie możliwe aktywności możemy rozważyć w naszej branży? Weźmy coś, co nie kojarzy się wprost z zyskiem finansowym - czytanie książek i pisanie recenzji, które publikujemy na blogu. Doświadczyłem tego nie raz i muszę przyznać, że to niełatwe przedsięwzięcie. Stąd łatwiej będzie mi go rozłożyć na czynniki pierwsze.

Po pierwsze, należy znaleźć czas, który pracownik poświęci na przeczytanie książki. To jest jego czas prywatny. W naszym modelu firma pokrywa koszt poświęconego czasu pracownika przez 8 godzin. I właśnie za tę formę aktywności firma miałaby mu zapłacić. Dlaczego? Właśnie dlatego, że robi to w wolnym czasie, który mógłby przeznaczyć na cokolwiek innego, a nie coś, co może przynieść zysk firmie przez podniesienie jego kwalifikacji. O tym zysku za moment.

Po drugie, należy znaleźć czas na spisanie własnych przemyśleń nt. książki w postaci recenzji. To znowu jest czas prywatny pracownika. Jeśli dołożymy do tego język angielski, to może okazać sie to dla wielu na prawdę niemałym wyzwaniem - nie tylko język, ale i umiejętność spisania w nim swoim myśli. Pamiętam, jak dziś, kiedy z języka polskiego zawsze miałem 3 z wypracowań i tylko dlatego zdałem maturę z polaka, że znałem wszystkie wymagane lektury i napisałem na temat bez błędów ortograficznych...3 strony A4! Dowiedziałem się, że pisałem konkretnie do bólu i ledwo mi się udało. Teraz z pisaniem jest łatwiej, ale wciąż wyrażenie swoich myśli w angielskim uważam za niebagatelną umiejętność. To znów podniesienie kwalifikacji pracownika i zwiększa jego obszar pozyskiwania wiedzy, nie wspominając już o znajdowaniu czytelników swojego "produktu" za granicą. To niemały kapitał dla firmy. Jeszcze do tego wrócimy.

Po trzecie, blog. Prywatny, bez wzmianki o pracodawcy ma inny wydźwięk niż ten ze wzmianką, albo wręcz firmowy. Tu możemy budować kapitał firmy przez aktywność pojedynczego pracownika w obszarze jej reklamy. W końcu, wielu z nas może wymienić firmy, z którymi chciałby współpracować tylko dlatego, że jej pracownicy są rozpoznawalni w tłumie. Z naszymi, lokalnymi firmami jeszcze kiepsko w temacie reklamy własnej przez pryzmat aktywności jej pracowników, ale da się zauważyć kilka, o których mógłbym powiedzieć niemało, tylko dzięki tego typu aktywnościom - przez pryzmat ich bytności na konferencjach, twitterze czy blogach. I znowu, aktywność pojedynczego pracownika jest w ramach własnego czasu, często ze zrzeczeniem się potencjalnych "zysków" z opublikowania swojej pracy - recenzji - na blogu firmowym. Rozpoznanie pojedynczego pracownika wtedy gaśnie na rzecz budowania marki firmy. To kolejny zysk pracodawcy.

Widać, że na tym przykładzie można wyróżnić zysk pracownika - własny rozwój literacki, rozbudowanie znajomości j. angielskiego, umiejętność prezentacji własnych myśli oraz zysk pracodawcy - podniesienie kwalifikacji pracownika oraz niebagatelna sprawa - reklama. Widzę w tym wzrost obu.

Rozważmy sytuację brzegową - jesteśmy na poziomie seniorskim (a może senioralnym?) i nasza pensja oscyluje w granicach 300k PLN netto jako programista. Uśmiech na twarzach wielu, zdradza nierealność tej sytuacji w Polsce, ale wierzę, że kiedyś będzie to możliwe (a może już jest?!). Trochę przekolorowałem (i śpieszę donieść, że daleko mi do tej kwoty, usprawiedliwiając jej brak, że jest mi po prostu niepotrzebna :)), ale mimo wszystko stawiam tezę, że bez względu na poziom aktualnych zarobków, firma wciąż ma możliwość podnoszenia pensji. Jak?

Czy pracownik jest jednostką w firmie, czy pracuje zespołowo? Odpowiedź nasuwa się sama - zespół przede wszystkim. Takie myślenie mi pasuje. Idźmy dalej.

Czy w pojedynkę można zarobić 300k PLN będąc na stanowisku programisty? Hmmm, być może. Zmieni się jednak nasze myślenie, jeśli rozważymy pracę całej ekipy mniej zaawansowanych programistów, sprzedawców i innych wspierających naszą pracę pracowników. Wszyscy robią rzetelnie, jak w jednym zespole. I tu się kryje tajemnica sukcesu - "wszyscy pracują rzetelnie"! W końcu, dlaczego prezes przedsiębiorstwa może tyle zarabiać, a pracownik niższego szczebla już nie? Czy wyższy szczebel w hierarchi firmy musi wiązać się z wyższą pensją niż podwładnego? Twierdzę, że nie.

Wszystko zależy od zaangażowania. Jeśli założymy, że wszystkim zależy na dobrobycie firmy, ale nie wszystkim zależy na zarabianiu więcej i więcej, to w końcu dojdziemy do sytuacji, że firma wykształci taką kadrę pracowniczą, że będzie trywialnym zdobywać kolejne projekty w kraju i za granicą, za które pokryje koszta własnych pracowników.

Czyż to nie pracownicy przynoszą kontrakty, za które oni sami są opłacani? Cudów nie ma. Czy grasz w pojedynkę, czy w zespole, moc przerobowa zależy od Twoich kwalifikacji i zaangażowania. Na moment zapominamy o takich anomaliach, jak łapówki, kontrakty z niekwalifikowanymi zespołami, itp. To z definicji są anomalie i raczej blokują rozwój społeczeństwa i krzewią złe przyzwyczajenia, jak "Tylko znajomości są ścieżką kariery w firmie i dadzą Ci podwyżkę".

Stawiam tezę, że w pewnym momencie firma będzie dostawała coraz bardziej intratne projekty, albo pracownik utworzy firmę potomną i mając wystarczająco doświadczenia spowoduje jej utrzymanie na rynku przez naukę nowych adeptów sztuki programowania. On sam, albo ona sama, ów szczęśliwiec pracując w obu przedsięwzięciach ma możliwość zarabiania więcej. I nie trzeba stawać się kierownikiem projektu czy PMem, czy co tam jeszcze wymyślono, aby utrudnić nam dostęp do zysków.

Pytanie tylko, czy nam się chce. Czy mamy wystarczająco motywacji, aby spróbować? I najważniejsze, czy jesteśmy społeczeństwem, które ceni zaangażowanych i pracowitych (i nie zarobionych, tylko pracujących)? Na to mam jedynie negatywne odpowiedzi. A Ty?

p.s. Znacznie uprościłem rozumowanie, bo pewnie nie powstałaby ekonomia, gdyby to było takie proste, ale niektóre rzeczy zdają się być w rzeczywistości proste, a tylko my sami je niepotrzebnie komplikujemy. Jak w sytuacji nieodpowiednich narzędzi do problemu.